Skip to content
Menu

Jak forma wystąpienia niszczy jego treść?

Forma wystąpienia może zniszczyć jego treść. Gdy mówca stoi jakby był zabetonowany, bez żadnej mimiki, odciąga to uwagę od treści. Widz szybko się męczy i niewiele zapamiętuje. Albo nawet nie wie, o co chodziło w przemówieniu.

Gdy mowa ciała nie działa

Takie przypadki typu zombi pojawiają się rzadko. Ale jednak się zdarzają! Zobaczmy, jakie błędy popełnił Prezes NIK-u w wystąpieniu telewizyjnym z 4 grudnia 2019 r., które jest dobitnym przykładem tego, że forma ma znaczenie.

Już od pierwszych słów prezesa NIK-u, do słuchaczy dociera posępny i ponury głos. Niemal tak złowróżbny, jak znany głos zapowiadający wprowadzenie stanu wojennego. Tylko tamto przemówienie to nie były życzenia. Banaś z kamienną twarzą tkwi w stuporze. To powoduje monotonną intonację, która jest nie do wytrzymania.

 Gdy słowa nie pasują do siebie

Forma wystąpienia nie jest dostosowana do mówienia. Już na samym początku prezes NIK-u wypowiada ponad czterokrotnie złożone zdanie, którego początku odbiorca szybko nie pamięta.

Wobec pojawiających się w mediach różnych doniesień związanych z moją działalnością, ale przede wszystkim powodowany troską o przyszłość Najwyższej Izby Kontroli, pragnę oświadczyć, że byłem gotów złożyć urząd Prezesa NIK-u.

Mówca nie umie wykazać logicznego wynikania, że zarzuty personalne wobec niego są w istocie próbą zniszczenia demokratycznej instytucji. Tym bardziej że nie jest przedstawicielem opozycji, a byłym protegowanym atakujących.

Z przykrością stwierdziłem jednak, że moja osoba stała się przedmiotem brutalnej gry politycznej. Najwyższa Izba Kontroli jest jednym z najważniejszych urzędów państwowych, który cieszy się niekłamanym autorytetem. Jako prezes izby, nie mogę pozwolić, by stała się ona przedmiotem politycznych rozgrywek i targów. Nie! Na to zgody nie będzie!

Forma wystąpienia? Można ją opisać słowami: “Ciemność, widzę ciemność!”.

Banaś przez niejasność wywodu dezawuuje wręcz swoje zasługi na rzecz demokracji w Polsce. Nie wiadomo zupełnie, czego dotyczy wyrażenie: „wręcz przeciwnie”.

Nigdy nie mówiłem o sobie, że jestem wolny od błędów. Nie podkreślałem działalności w opozycji antykomunistycznej w latach 70. i 80. Wręcz przeciwnie. Kiedy odrodziła się Rzeczypospolita, stałem się lojalnym i rzetelnym urzędnikiem, pracującym dla dobra ojczyzny.

Kluczową rzeczą jest jednak brak opowieści, w której prezes wyjaśniłby powody i znaczenie swojego trwania na stanowisku oraz obnażył niecne motywacje jego przeciwników. Bez tego, jego słowa to buksowanie w miejscu.

Odwołanie do podwalin Lecha Kaczyńskiego jest tylko usilnym podczepieniem nazwiska dla podparcia się czyimś autorytetem. Ponadto nie wiadomo z czym Banaś się utożsamia. Chodzi o ideę niezależnej kontroli, o filozofię, czy o realne działania kontrolne, za które mógłby być atakowany?

 Przypominam, że podwaliny pod nowoczesną ideę niezależnej kontroli państwowej położył już w latach 90. prezes Izby świętej pamięci Lech Kaczyński. W pełni zgadzam się z taką filozofią funkcjonowania Najwyższej Izby Kontroli.

Po wysłuchaniu wystąpienia widzowi trudno odnaleźć cel mówcy. Czy to mowa obronna, podziękowanie za wsparcie, apel o zaniechanie personalnych pomówień, czy też jeszcze coś innego?

Forma wystąpienia ma wpływ na końcowy efekt

Brak intonacji, brak mimiki, brak celu, brak opowieści sprawia, że dawno tak złego wystąpienia nie widzieliśmy. Urzędnik znajduje się w sytuacji kryzysowej, więc tym trudniej zrozumieć, że to ważne dla niego wystąpienie wyszło tak fatalnie.

Obrońcy Banasia mogliby powiedzieć, że udało mu się stanowczo i z pokerową twarzą postawić granicę swoim oponentom. Jeśli to poker, to Banaś ma za mało pary. Jedynym ratunkiem dla tego wystąpienia mogłoby być to, gdyby okazało się, że jest ono jedynie deep fakem.